Saigon (a w zasadzie Ho Chi Minh City) wita nas upałem (44 st temp odczuwalna), a zaraz potem ulewą. Ta ostatnia trwa jakieś 20 minut, za chwile wszystko znowu jest suche jak wiór.
Z lotniska bierzemy prepaid taxi za 150.000 VND. Hotel rezerw. Via hostelworld.com – Duc Vuong Hotel (24 usd za dwójkę z łazienką, lodówką, TV, WIFI, śniadaniem i klimą, pokój raczej mały, ale jest co trzeba). W okolicy jak na Koh San Road w Bangkoku – jest wszystko. Knajpki, bankomaty, studia masażu, fryzjerzy, kluby, sklepy różnej maści, agencje turystyczne.
Na obiad idziemy do pobliskiej indyjskiej restauracji (chwila odpoczynku od wietnamskiego jedzenia) – Quan An An Do Mumtmaz Indian. Skusił nas piec tandoori. Jedzenie boskie, jutro pójdziemy tam raz jeszcze. Jemy baraninę w ostrym sosie z ryżem, chlebki nan, koftę i baranine z tandoori. Wielka uczta, po której ciężko się ruszać. Za calość z napojami płacimy 250.000 VND.
Ruszamy na zwiedzanie miasta. Odwiedzamy Muzeum Śladów Wojny (wstep 15.000 VND) i pobliską Pagodę XA LOI (wstęp bez opłat).
Potem wieczorny spacer po mieście i kolacja – owoce morza z grilla, w miejscu gdzie rano odbywa się targ rybny, wieczorami od 18tej rozkładają stoliki i … prawdopodobnie wprzedają to czego nie sprzedali na targu, ale i tak jest b. smacznie.
W międzyczasie znowu skusiłam się na masaż stóp – tym razem gorącymi kamieniami (150.000 VND). Polecam jak ktos nie próbował jeszcze.